Mam wrażenie, że w zdrowiu najbardziej kuszą nas rozwiązania szybkie. Nie rewolucja w lodówce, nie codzienne spacery, nie rzucenie palenia, nie ograniczenie soli, lecz jedna kapsułka, kropla, napar albo proszek. Coś, co zmieści się na kuchennej półce i przywróci poczucie kontroli. Dlatego nowe badanie opublikowane w PLOS One nad olejkiem miętowym i ciśnieniem jest wdzięcznym tematem, ale też pułapką. Wyniki wyglądają obiecująco, pod warunkiem że nie dopiszemy im większej historii, niż faktycznie pokazują.
Czytaj też: Kawa na dobry początek tygodnia? Jelita i mózg mogą lubić ją bardziej, niż sądzimy
Co sprawdzono w badaniu nad olejkiem miętowym?
W badaniu wzięło udział 40 dorosłych osób z podwyższonym ciśnieniem lub nadciśnieniem 1. stopnia. Przez 20 dni część z nich przyjmowała olejek miętowy, a część placebo o miętowym smaku. Dawka była bardzo mała – łącznie 100 mikrolitrów dziennie, podawane w dwóch porcjach. Olejki eteryczne są silnie skoncentrowane i naprawdę nie powinno się traktować ich jak herbatki ziołowej, którą można dolewać sobie według nastroju.
Po 20 dniach u osób przyjmujących olejek miętowy odnotowano niższe ciśnienie skurczowe w porównaniu z grupą placebo. Różnica wyniosła średnio około 8,5 mmHg. Spadło również ciśnienie rozkurczowe, średnio o około 4,6 mmHg, a także tętno spoczynkowe, o niemal 9 uderzeń na minutę. Na papierze brzmi to naprawdę ciekawie, bo przy nadciśnieniu nawet kilka mmHg potrafi mieć znaczenie dla ryzyka sercowo-naczyniowego.
Badanie trwało niecałe trzy tygodnie. To wystarczy, by zobaczyć krótkoterminową reakcję, ale za mało, by wiedzieć, czy efekt utrzyma się po miesiącach. Próba była niewielka, więc nie da się na tej podstawie budować zaleceń dla wszystkich osób z nadciśnieniem, zwłaszcza dla tych, które mają choroby współistniejące, przyjmują leki albo mają wyższe wartości ciśnienia. Dla mnie to raczej zaproszenie do dalszych badań niż sygnał, że oto znaleźliśmy nowy rytuał dla serca.

Dlaczego akurat mięta miałaby działać na naczynia?
Mięta pieprzowa zawiera mentol i flawonoidy, czyli związki, które mogą wpływać na pracę naczyń krwionośnych. Jedna z hipotez mówi o działaniu mentolu na kanały TRPM8, związane między innymi z odczuwaniem chłodu, ale obecne także w tkankach naczyniowych i sensorycznych. W uproszczeniu: aktywacja tych mechanizmów może sprzyjać rozluźnianiu naczyń, a wtedy krew napotyka mniejszy opór.
Brzmi to logicznie, ale mechanizm nie został w tym badaniu bezpośrednio potwierdzony. Nie mierzono szczegółowo funkcji śródbłonka, sztywności naczyń czy markerów związanych z tlenkiem azotu. Mamy więc efekt obserwowany w krótkim badaniu i biologicznie sensowne wyjaśnienie, ale jeszcze bez pełnego obrazu. W nauce to całkiem normalny etap.
Naturalne nie zawsze znaczy niewinne
Olejek miętowy ma już pewne miejsce w medycynie wspomagającej, zwłaszcza przy objawach zespołu jelita drażliwego. Najczęściej mówi się wtedy o kapsułkach dojelitowych, bo taka forma może ograniczać działania niepożądane ze strony górnego odcinka przewodu pokarmowego. Mięta bywa pomocna, ale potrafi też nasilać refluks, zgagę i niestrawność. Kto kiedykolwiek po miętowej herbacie poczuł pieczenie za mostkiem, ten wie, że natura nie zawsze głaszcze po głowie.

W badaniu nad ciśnieniem działania niepożądane były rzadkie i łagodne, ale przy 40 osobach trudno wyłapać mniej częste problemy. Poza tym czym innym jest preparat użyty w kontrolowanym badaniu, a czym innym losowy olejek z internetu, często opisany językiem bardziej ezoterycznym niż medycznym. Nie każdy olejek nadaje się do spożycia. Nie każdy produkt ma tę samą jakość, stężenie i sposób dawkowania. I zdecydowanie nie każda osoba z nadciśnieniem powinna sama eksperymentować, szczególnie jeśli przyjmuje leki obniżające ciśnienie.
Czytaj też: Maślan sodu to skromny, wielozadaniowy bohater jelit
Mięta nie zastąpi podstaw, ale może być ciekawym tropem
Nadciśnienie jest jednym z tych problemów, które świetnie pokazują, jak bardzo lubimy szybkie odpowiedzi na powolne procesy. Ciśnienie zwykle nie rośnie z dnia na dzień. Składają się na nie geny, wiek, masa ciała, sen, stres, sól, alkohol, aktywność fizyczna, choroby i cała reszta codzienności, której nie da się zamknąć w jednej buteleczce. Dlatego olejek miętowy, nawet jeśli kolejne badania potwierdzą jego korzystny wpływ, nie powinien wskakiwać na miejsce pomiarów, konsultacji lekarskich i leczenia.
Bardziej przekonuje mnie ostrożne spojrzenie: mięta może okazać się jednym z drobnych elementów wspierających profilaktykę u wybranych osób, szczególnie na wczesnym etapie problemu. Tanim elementem, bo 15 ml olejku to koszt około 50 zł. Ale niewielka cena nie jest argumentem za samodzielnym leczeniem. Czasem tanie rozwiązanie jest po prostu warte sprawdzenia w większych badaniach.
Z jednej strony mamy wynik, który trudno zignorować. Z drugiej – zbyt mało danych, by robić z mięty domowy odpowiednik terapii na nadciśnienie. Dobrze byłoby zobaczyć większe badania, dłuższe obserwacje i pomiary ciśnienia nie tylko w gabinecie, ale też całodobowo. Dopiero wtedy będzie można powiedzieć coś pewniejszego.
Na razie olejek miętowy pozostaje ciekawym tropem z bardzo praktycznym przypomnieniem: w zdrowiu warto interesować się małymi rzeczami. Zwłaszcza gdy chodzi o serce i naczynia. Mięta może odświeżać oddech, łagodzić brzuch i być może wspierać ciśnienie. Tylko lekarza, ciśnieniomierza i rozsądku nadal nie da się zastąpić zapachem chłodnych listków.
